I gdy tak myślę, że rok temu układałam moje życie od nowa...
Gdy nic mnie nie cieszyło, a serce było puste...
A teraz...
Jestem szczęśliwa i pewna jak nigdy dotąd, że ten to ten jedyny, że nic nie jest w stanie nas rozłączyć.
To wszystko stało się tak szybko, było tak chaotycznie a jednocześnie tak poukładane.
I wiem, że należę do niego a on do mnie.
I dziękuję za te wszystkie zdrady - one nauczyły mnie żyć. Nawet jeśli myślałam, że mnie złamały. Dziś już wiem, nic lepszego nie mogło mnie spotkać.
Moje, nasze mieszkanie jest pełne mebli i pełne miłości.
Moje marzenie o kolejnym szynszylu spełniło się, po domu biega kot.
Ciepło jest tutaj.
Jest tak cudownie, że aż się boję, że nieoczekiwanie się skończy i wtedy...
Nie, nie nie!!
Tak nie będzie... wiem to!
Opowieść o zazdrosnej żonie, tego samego dnia próba "wproszenia się" na kawę.
A teraz dziwisz się, że nie chcę dzwonić do biura, że wolę na komórkę.
Bo tak jest bezpieczniej. I łatwiej.
I drżą mi dłonie gdy przychodzisz i pytam się - jak mogłam do tego dopuścić. Jak mogłam się tak zauroczyć, że straciłam kontrolę nad moimi uczuciami. I mam już dość.
Chyba wolałabym, żeby przyszedł na tą durną kawę, określił się, zagrał w otwarte karty. Ale nie - specjalista od pokera. Blef czy kareta?
Łzy znów płyną...
Wczoraj znów się nim naćpałam. Bo spędził ze mną prawie sześć godzin. I powiedział, że na pewno miło spędzimy czas. I było miło.
A dziś...
Jest dla mnie światłem na końcu tunelu...
Metrowe maile, bo cały czas sobie odpowiadamy, załączając treść poprzedniej wiadomości. I czasami jest tak frywolnie i kusząco i dwuznacznie.
Nadal nie wiem, czy to tylko moja wyobraźnia, czy on też coś...
I nadchodzi odrobina porządku w moim życiu. Moja kuchnia jest właśnie montowana. Czy będę miała ochotę dziś gotować czy zajmę się porządkowaniem i układaniem? Podejrzewam, że to ostatnie.
A wczoraj spędziłam około dwie godziny na rozmowie z informatykiem. I było tak przyjmnie i żartobliwie. I obustronne małe podłości i złośliwości. A ja przecież tak to lubię.
I jest nadzieja, że w tym miesiącu go zobaczę, bo jak stwierdził znalazł dla mnie "super" komputer i będę jego zdaniem zachwycona.
Coraz częściej się zastanawiam, czy dobrze robię, że się tak nakręcam. Bo przecież raczej nie ma szans na szczęśliwe zakończenie, a ja z każdm dniem, po każdej rozmowie czy mailu dopisuję sobie kolejną historię. Dlaczego się nie boję?
I cóż po raz kolejny się nie pomyliłam. Przyjeżdża do mnie już od roku i jakoś nigdy się jej to nie udało. Teraz nazywało się to: przyjadę na urodziny, na parę dni. Spędzimy razem czas, pogadamy, zobaczę Twoje mieszkanie. I po raz kolejny miałam rację. Jest tysiące innych spraw, które są ważniejsze, np. doradzanie w wyborze sukienki, towarzyszenie w podróży na kongres. A ja no cóż... przecież ja zawsze mogę poczekać, ja mam na wszystko czas, ja nie mam oczekiwań. Złośliwie powiedziałam, że jak nie wypali w kwietniu to w maju też jest długi weekend. Nie zapominajmy o Bożym Ciele.
Nie jestem nawet wsciekła, jestem rozżalona, a to chyba gorsze.
I wciąż jest w moich myślach... a w nich... całuje i mówi, że go zachwycam i wszystko zostawi, bo jestem tego warta.
Każdy mail otwierany jest z biciem serca i drżeniem rąk... z zachłannością czytany...
I cieszą mnie "nasze" żarty. Czuję, że mnie lubi, ale czy jest też coś więcej? Tak bardzo tego pragnę.
Dwa kolejne dni znów będą takie długie, bo nie ma szans na kontakt z nim, bo przecież nie rzucę notebookiem o ścianę bo i tak nie byłoby czego naprawiać :)
I jak to było dzisiaj: "pani S. możemy być zgodni, że pani O. popsuła?" - oj tak zgodzę się ze wszystkim co Pan powie :) ... i na wszystko...
Odurzona nim...
Bo we wtorek przedawkowałam. Bo było jakoś inaczej niż zwykle. Bo 80% swego czasu u nas spedził ze mną. I były żarty i śmiech. I jakoś tak ogólnie miło.
I przede wszystkim zapowiedział swoją wizytę mailem, w którym napisał, że cieszy się na to spotkanie. I wieczorem wysłał kolejnego maila, choć mógł poczekać do rana.
A może on wcale nie zastanawia się nad tym co robi... A może po prostu taki jest...
A ta dzisiejsza odpowiedź: "od teraz będę miły...". Co to do cholery miało znaczyć?
I wiem, że źle robię, bo nigdy nie będzie mój, więc po co się nakręcam...?
I nie wiem kiedy go znów zobaczę i źle mi z tym...
Urządzanie mojego mieszkania idzie do przodu. Dziś wytapetowaliśmy kuchnię a jutro czeka mnie malowanie i biada jeśli coś się nie uda. :) A za półtora tygodnia przyjadą montować moje meble i już nie mogę się doczekać. Wreszcie zniknie żarcie z sypialni :)
skomentuj (0)
Po wyczerpującym weekendzie zdecydowałam się złożyć wniosek o indywidualny tok studiów. Nie wyrobię tak przez kolejne półtora roku. 10 godzin w drodze po całym tygodniu pracy to jednak nie dla mnie. Nie dam rady. Gonitwa myśli, tysiące terminów w głowie, za mało czasu. Czuję się staro. Powinnam iść na urlop, ale nie mogę sobie na niego na razie pozwolić, ogrom pracy po powrocie by mnie zabił.
I po takim męczącym choć obfitym w sukcesy ocenowe weekendzie wróciłam do domu i mogłam zadzwonić do niego. I zaintersował się moimi studiami, zapytał jak mi poszło i wogóle.
A ja cieszę się na jakiekolwiek trudności z oprogramowaniem, bo mogę zadzwonić i go usłyszeć. I dziś wysłałam maila i mam nadzieję, że też uzna go za śmiesznego i ... .
I wiem, że nie powinnam i chyba sama sobie wmawiam, że mam zdrowy rozsądek i potrafię trzeźwo myśleć, ale chyba jednak mam coraz większe problemy z tym.
I zastanawiam się czy my kiedykolwiek będziemy mieć wszystko na tip-top i okaże się, że już nie muszę dzwonić i mam ogromną nadzieję, że jednak nie. Bo ja nie chcę stracić go z oczu, chcę by był, nawet jeśli nie mój, ale chcę by był...
I co już mówiłam? że idiotka ze mnie?
... tak raczej tak
Piszę jak jakaś małolata, która zakochała się po raz pierwszy i jeszcze wierzy w tą pierwszą nieskończoną miłość.
... powinnam być przecież mądrzejsza...
Ma 33 lata.
I dałam mu mój prywatny adres e-mail.
I teraz będę jak głupia co chwilę sprawdzała pocztę czy może coś napisał.
I Dorota się o mnie martwi, boi się, że się zakocham i znów będę nieszczęśliwa.
A ja... chyba już się zakochałam. Bo rumieńce mi dziś nie znikały przez cały czas jego pobytu.
Czy ja dobrze robię?
I po raz kolejny się boję.
Kolejna rozmowa i kolejne uczucie szczęścia. ... i głupie teksty w stylu: "no to mnie pan uszczęśliwił", gdy rozwiązuje nasze problemy techniczne. Tak, tak łatwo można mnie zadowolić. I jego powitanie, gdy słyszy moje wołanie o pomoc - "hallöchen, lange nichts mehr gehört".
Co ja robię...
Jutro, jutro go zobaczę. I będzie już o 10-tej. I... całe szczęście, że tak wcześnie bo przecież o 15 znikam z pracy i lecę do Polski. I tak się cieszę, że dziś zadzwoniłam, bo jutro znów wcześniej wstanę. Pomimo, że dopiero o 1 w nocy wyląduję we Wrocku i będzie czekało mnie zmycie makijażu, to zrobię to - bo przecież chcę ładnie wyglądać, gdy przyjdzie.
I po co robię sobie nadzieję. Zwariowałam.
I marzę co noc...
Tja, i co raz bardziej brnę w beznadziejne uczucie.
Tak, idiotka ze mnie!
Moja kuchnia będzie montowana 17 lutego :) Jutro dostarczą piekarnik i płytę. I powoli się urządzam. Może będę gotować.
Kupiłam sobie mięciutki szlafrok, bo skoro nikt mnie nie grzeje to niech przynajmniej nie marznę.
Dzwonił Inf. i choć to tylko służbowa rozmowa to jakoś mi cieplej na sercu. Chyba powinnam każdą kolejną notkę kończyć słowami: jaka ze mnie idiotka.
Czy można się tak szybko zauroczyć i ponownie zakochiwać?
Nie powinnam, bo on ma poukładane życie, mieszka daleko stąd, choć może 100 km to wcale nie tak dużo, ale ma tam pracę i to wszystko jest takie skomplikowane.
Ale przede wszystkim on ma żonę.
A ja cieszę się na każdy jego przyjazd. Wstaję wtedy wcześniej żeby się pomalować, wybieram starannie ubranie i staram się wyglądać ładnie. I nawet zostaję po godzinach, jeśli nie może przyjechać wcześniej. I wściekam się, kiedy inni zostają.
I choć wiem, że nie ma to żadnej przyszłości i nic z tego nie będzie to tak cholernie mi smutno, gdy nie zapowiada się na jego wizytę. I dzwonię jeśli tylko nadarzy się okazja i dodaję miłe słowa na koniec maila.
Cholera co za idiotka ze mnie.
Zero kontaktów. Żadnego sms czy telefonu. Nic.
A ja... niemal codziennie przejeżdżam pod jego mieszkaniem. I patrzę czy świeci się światło. I tak mi żal tego wszystkiego.
Urządzam swoje mieszkanie.
Kuchnia zaplanowana. Teraz czekam na decyzję ze spółdzielni, czy przestawią mi termostat grzejnika. Miałabym więcej miejsca.
Moja kuchnia będzie śliczna. Cała szara. Taka mi się podoba. To nic, że taką samą ma on, to nic...
Kuchnia do przygotowania kawy i herbaty. Może czasami coś odgrzeję. Ale może z czasem zacznę gotować. Póki co nie mam ochoty na jedzenie. Nadprogramowe kilogramy, które starałam się od roku stracić, zrzuciłam w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Jestem o 10kg lżejsza. Powinnam kupić sobie spodnie, bo pasek już nie ma dziurek.
Niby planuję moją przyszłość, ale żyję z dnia na dzień. Nie myślę co będę robiła za tydzień, za miesiąc.
Wiem co kupię za tydzień, za miesiąc, ale nie wiem co będę robić, co będę czuć. Staram się o tym nie myśleć.
Aha i wymarzony couch już też znalazłam. Tylko teraz nie wiem, jaki kolor wybrać. Bo podoba mi się żółty lub pomarańczowy. Boję się, że żółty bedzie szybko brudny, a pomarańczowy... on taki ma. I co mam zrobić??
I ktoś zaprosił mnie do kina. A ja nie wiem co robić, czy pójść czy nie. Bo z jednej strony chciałabym wyjść z domu i zobaczyć dobry film, a drugiej strony boję się, że on się zakocha. A tego nie chcę.
Brakuje mi go.
Zrobiłam zakupy. Takie zwykłe. Lodówka, pralka, TV. No i aparat żeby móc wysyłać zdjęcia mojego nowego mieszkania. Mówi się, że kobiety na smutek reagują zakupami. A mnie jakoś te zakupy nie cieszą, może inaczej, cieszą, ale wolałabym je robić w innych okolicznościach i nie sama.
Będzie mi Go brak.
Powoli układam swoje życie, robię plany, listy.
Nie jest łatwo, ale nie patrzę wstecz, nie na czas na to. Muszę żyć dniem jutrzejszym. Nie mam innego wyjścia.
Cierpię.
I wszystko runęlo jak domek z kart, rozsypało się i nie ma co zbierać. Uczucie pękło na miliony kawałków i nie ma jak ich posklejać.
To już koniec. Muszę szukać mieszkania, organizować przeprowadzkę, kolejną w tym roku. Muszę nauczyć się żyć. Sama. Sama w czterech pustych ścianach. Tak bardzo się boję.
Tak...
Lubię gości na weekend, na dłużej juz trochę mniej. Ostatnie dni mnie zmęczyły. Non stop w drodze, non stop w biegu. Nie lubię, gdy moje życie codzienne jest wywracane do góry nogami, gdy nie mogę otworzyć okna w łazience żeby wywietrzyć (i teraz będę walczyć z czarną plamą-grzyb), gdy nie mogę 5 minut poleżeć w spokoju na sofie.
Dziś mam spokój, goście pojechali a ja siedzę sama i rozkoszuję się spokojem, ulubionym serialem :)
I tak się zastanawiam, może wejdę do wanny, napuszczę wody, narobię pianki, położę maseczkę na twarz i będę odpoczywać. Tylko co jak zasnę w wannie :) ?
Uczysz mnie obojętności, a gdy są efekty zdziwiony pytasz: "co się stało i czy wszystko w porządku?"
Męczący tydzień za mną. Dziś mogłam się wyspać i w spokoju wypi kawę, a teraz ... czas na nastepną :)
Najchętniej bym poleniuchowała, poczytała książkę, ale chyba jednak nie mogę :) Bo czego nie zrobię dziś, będzie ciągnęło się cały tyzdzień. A więc do roboty :)